Zaczyna się zawsze tak samo – niewinnie, jeszcze w pierwszych dniach listopada, od pojedynczych reklam z gulganiem w tle, wycinanych indyczych łbów zdobiących okna podstawówek i nieco mniej niewinnego zawalenia całych sekcji sklepów chłamem made in china, tym razem przybierającego postać kukurydzy, indyka i pielgrzymów (zastąpił chłam w postaci plastikowych dyń i szkieletów).  Będąc w USA nie uciekniesz od świąt. Znajdą cię choćbyś chował się w swoim domku na kółkach na najgłębszych prowincjach Alabamy, albo pracował sezonowo przy wycince na Alasce. Nie ma od tego ucieczki i trzeba się z tym pogodzić. Nie inaczej jest z Thaknsgiving ochrzczonym przez polonię jako „Indyk”. Jednak jest w tym święcie coś innego, co wyróżnia go od reszty, mianowicie jego cel.