Krótko i zwięźle – dalszy ciąg spostrzeżeń na temat poruszania się samochodem po Stanach Zjednoczonych. Tym razem obiecane przyczyny wzrostu ciśnienia tętniczego. Także ciskając zęby, zapinamy pasy i jedziemy.

  • Wszędobylskie znaki stopu. One są wszędzie. Na każdym kroku. Jadąc osiedlową uliczką pieprzone stopy są na każdym skrzyżowaniu. Co z tego, że jeździ tamtędy jeden samochód na 10 minut. Co z tego, że dojeżdżając do krzyżówki mamy widoczność po sam horyzont. Co z tego, że w 90% procentach przypadków wystarczyłby znak ustąp pierwszeństwa. Nic z tego! Stop jest wszędzie – na parkingach pod sklepami, na ulicach małych i dużych. Nawet teraz z okna widzę zasrany znak stop. Irytuje w nich w zasadzie jedynie częstotliwość rozmieszczenia, bo zatrzymywanie się co 100 metrów na prawdę doprowadza do bólu głowy. Ktoś spyta i co z tego, że stop, przecież wystarczy zwolnić i się rozejrzeć. Niby tak, tylko za którymś razem okaże się, że zdezelowana furgonetka stojąca kawałeczek dalej to tak na prawdę radiowóz, a miły pan policjant już wtedy wyjaśni dlaczego zatrzymywanie się na stopie jest tak ważne.
  • Absolutny brak kultury jazdy. Cudze chwalicie – swego nie znacie. Ktoś kto narzeka na polskich kierowców i za wzór pokazuje „rozwinięty zachód” niech lepiej zapomni o powoływaniu się na USA. Wpieprzanie się przed sam zderzak przy zmianie pasa (oczywiście bez kierunkowskazu) zdarza się tu tak często, że po pewnym czasie przestajecie na to zwracać uwagę. Potrzebujesz zjechać z autostrady? No to przykro mi, może na następnym zjeździe się uda, bo miły kierowca gdy tylko zobaczył wrzucony kierunek postanowił gwałtownie przyspieszyć i zrównać się z tobą. Chcielibyście wjechać na już i tak zakorkowaną drogę? To sobie poczekacie – szczęśliwi czasu nie liczą, już inni kierowcy za was o to zadbają. O wyzywaniu, pokazywaniu palca, siedzeniu na zderzaku nawet nie będę się rozpisywał, bo nikt nie przyjąłby z opanowaniem takiej dawki idiotyzmów drogowych, więc jak dla mnie jest to tylko i wyłącznie reakcja, a nie problem sam w sobie. Gwoli sprawiedliwości dodam, że takie zachowania cechują kierowców wielkich miast, na wsi jest na prawdę kulturalnie.
  • Progi zwalniające przypominające raczej wieloryby wyrzucone na plaże. Na szczęście ktoś się połapał, że próg o wysokości pół metra to lekka przesada, a może po prostu ludzie zaczęli się buntować, tak czy inaczej progi te przy okazji remontów są masowo usuwane. I chwała Bogu, bo trzeba było przed nimi się praktycznie zatrzymywać, a to i tak nie gwarantowało, że nie przeszorujemy podwoziem „leżącego policjanta”.
  • Brak obowiązkowych przeglądów pojazdów. Nie licząc wymaganego testu spalin (który to i tak jest banalny do obejścia) nie ma żadnej kontroli nad stanem samochodów. Ok, nie królują tutaj Passaty z 200 tysiącami przebiegu, ani wesoła składanka przyozdobiona znaczkiem BMW, ale to nie znaczy, że każde auto dopiero co zjechało z taśmy. Dzięki temu na drogach bardzo często widać tutaj powiązane sznurkiem od snopowiązałki zderzaki, profesjonalnie przyciemnione czarnym szprejem szyby i lampy, światła dające jasność głownie nieboskłonowi i waszym oczom poprzez lusterko wsteczne. Ogólnie krajobraz pobocza przypomina nieco Polskę z lat 90, gdzie co kilkanaście kilometrów, na skraju drogi rozkraczony stał maluch albo polonez. Ktoś może uważać, że to jest wolność, ale będzie tak uważał jedynie do czasu, aż ktoś mu wjedzie w tyłek na światłach. (Ja tę „przyjemność” mam już za sobą. Dodatkowo sprawczyni regularnie wzięła i spierdoliła z miejsca wypadku :] Nie żebym wcześniej wychwalał brak przeglądów, ale po tym zdarzeniu ganie ten system jeszcze mocniej)

Tak w zasadzie to byłoby na tyle jeśli chodzi o przyczyny mego smutku podróżując po USA. Jak widać liczba plusów i minusów w zasadzie pokrywa się, także mamy swego rodzaju równowagę we wszechświecie. Idealnie nie jest nigdzie i nigdy nie będzie.