O tym, że poruszanie się po amerykańskich drogach wygląda inaczej niż u nas wie chyba każdy. Jadąc przez Amerykę napotykamy wielopasmowe autostrady z wielopoziomowymi węzłami, system imperialny, inne reguły, inne znaki. To wszystko powoduje, ze mając porównanie dwóch systemów można pokusić się o zrobienie pewne go zestawienia. Na pierwszy rzut przedstawię różnice, które chciałbym, żeby zawitały do Polski, bo są faktycznym ułatwieniem i uproszczeniem w poruszaniu się samochodem.

  • Ulice nie są zaśmiecone znakami. Limit prędkości, znak stop, zakaz wjazdu, zakaz wyprzedzania i może jeszcze kilka innych. To w zasadzie prawie cała paleta znaków spotykanych na amerykańskich drogach. Może właśnie dzięki temu są faktycznie przestrzegane – bo są zauważane, nie tak jak w Polsce, gdzie dodatkowo obraz ulic zakłócają różowe i zielone szyldy sklepów obuwniczych i komisów używanych telefonów (w USA też tego nie ma, no może poza polskimi i meksykańskimi dzielnicami)
  • Na prawie każdych światłach można skręcać w prawo na czerwonym (zakazuje tego czasami odpowiedni znak). Zasada jest prosta. Każde światła w stanach działają tak jak skrzyżowania ze strzałką w Polsce, czyli zatrzymujemy się przed sygnalizatorem (oczywiście każdy to robi;)) i jeżeli nic nie nadjeżdża to ruszamy dalej. To jednak nie koniec, jeżeli już trafi się nam skrzyżowanie ze strzałką do skrętu w prawo to oznacza to ni mniej ni więcej tylko tyle, że mamy absolutne pierwszeństwo i nie musimy się nawet zatrzymywać.
  • Jazda na suwak. Tutaj jest to powszechne, intuicyjne, oczekiwane, pożądane i egzekwowane. Amen. Nie ma szeryfów, nie ma Januszów jest normalność.
  • Wyprzedzanie prawym pasem. Coś co jest wielkim przestępstwem drogowym w Polsce, którego ludzie faktycznie się wystrzegają. Tylko w sumie dlaczego? Bo jakoś cała Ameryka tak jeździ i nie zauważyłem żeby wprowadzało to chaos na drogach. W zasadzie to upłynnia to jazdę, bo zawalidroga na lewym pasie nie jest już przyczyną agresji werbalnej i plam na słońcu.
  • Zasada pierwszeństwa na skrzyżowaniach ze znakiem stop. Z jednej strony pomysł świetny, tylko niestety wypaczony rzeczywistością. Świetny, bo unikamy sytuacji w których zjechanie ze skrzyżowania lub wjechanie na nie jest praktycznie niemożliwe, bo sznur samochodów z pierwszeństwem ciągnie się w nieskończoność. Tutaj nikt nie ma pierwszeństwa, każdy się zatrzymuje i w tej samej kolejności rusza. Nie ważne czy skręca w lewo, czy jedzie prosto. Wszystko byłoby super gdyby nie to, że tak zaprojektowanych jest 99% skrzyżowań w miastach, włącznie z uliczkami osiedlowymi. W praktyce wygląda to tak, że jadąc taką dróżką zatrzymujemy się co 100 metrów nawet jeśli widzimy, że nic nie jedzie. Po minucie takiej jazdy chce się wymiotować.
  • Nie ma Unii Europejskiej, a zatem nie ma idiotycznych norm spalin, a zatem nie ma turbosprężarek i downsizeingu, a zatem silniki wytrzymują więcej niż 100 tysięcy i mają pojemność większą niż butelka wódki.
  • Benzyna jest taaaania. Żeby zatankować do pełna przeciętne auto wystarczy poświęcić przeciętną godzinną pensję, która wynosi okrągłe 26$.
  • Na koniec wisienka na torcie, crème de la crème i najrozsądniejsza rzecz na świecie, czyli dopuszczalny limit alkoholu we krwi wynoszący poniżej 0,8 promila. Dzięki temu możecie w pełni świadomie wypić dwa piwa na grillu, dużą lampkę wina do kolacji czy drinka w barze po pracy, a następnie wsiąść do samochodu i spokojnie odjechać w swoją stronę. Żeby było ciekawiej, policja nie ma prawa zbadać cię alkomatem bez twojej zgody, więc standardem jest test na trzeźwość w formie chodzenia po krawężniku, odliczania od 100 w dół lub recytowanie alfabetu wspak. I mimo tak średniowiecznych metod, wypadków jest mniej i „pijanych” kierowców też jest mniej. Bo jeśli ktoś uznaje kogoś za pijanego, gdy ten ma 0,3 promila to coś tu się nie zgadza (zgadza się tylko kasa z grzywien). Nawet jeśli trafi się już ktoś kto jedzie faktycznie bardziej wstawiony, a mimo to przestrzega przepisów, prowadzi normalnie i faktycznie nie stanowi zagrożenia dla ruchu, to taki ktoś faktycznie w spokoju dojedzie do domu i na tym koniec historii. Nie żebym pochwalał jazdę po pijaku, tego nie zrobię nigdy, ale dopuszczalne 0,2? serio? Przecież to wystarczy jedno małe piwo, a jeśli jest tu ktoś, kto po małym piwie bałby się usiąść za kółkiem to może i słusznie, bo 12-latkowie nie powinni prowadzić.

Żeby nie było, że Stany i ich drogi to same plusy, to w następnej części opiszę rzeczy, które powodują u mnie stany lękowe, napady agresji i niekontrolowane wybuchy płaczu i rozpaczy.