Zaczyna się zawsze tak samo – niewinnie, jeszcze w pierwszych dniach listopada, od pojedynczych reklam z gulganiem w tle, wycinanych indyczych łbów zdobiących okna podstawówek i nieco mniej niewinnego zawalenia całych sekcji sklepów chłamem made in china, tym razem przybierającego postać kukurydzy, indyka i pielgrzymów (zastąpił chłam w postaci plastikowych dyń i szkieletów).  Będąc w USA nie uciekniesz od świąt. Znajdą cię choćbyś chował się w swoim domku na kółkach na najgłębszych prowincjach Alabamy, albo pracował sezonowo przy wycince na Alasce. Nie ma od tego ucieczki i trzeba się z tym pogodzić. Nie inaczej jest z Thaknsgiving ochrzczonym przez polonię jako „Indyk”. Jednak jest w tym święcie coś innego, co wyróżnia go od reszty, mianowicie jego cel.

Każde święto ma tu swój punkt kulminacyjny. W Haloween dzieciaki przebierają się i chodzą od domu do domu za kawałkiem próchnicy w sreberku, podczas gdy starsze dzieciaki przebierają się a następnie organoleptycznie sprawdzają wzajemnie stan próchnicy w swoich ustach na dzikich imprezach. Boże Narodzenie? Ten sam standard co u nas. Choinka, kolacja, prezenty. Oczywiście wszystko lepiej i więcej, jak to w Ameryce ale to zasługuje na osobny temat. Walentynki – najbardziej zapracowany dzień w fabryce prezerwatyw oraz dla każdego hydraulika, który masowo w okolicach 14 lutego odtyka odpływy zatkane histerycznie golonym owłosieniem łonowym. Rzecz jasna nie należy zapominać o nieszczęśnikach, którzy próbują na ostatnią chwilę zarezerwować stolik w miejscu chociaż o pół poziomu przewyższającym bar ze striptizem (przeważnie bezskutecznie). Z pierwszoligowych świąt przeciętnego mieszkańca USA zostały jeszcze święta Wielkanocne,  które nie licząc zabawy dla najmłodszych w szukanie jajek, znacząco nie odbiegają od tego co znamy z naszego podwórka.

Co łączy te wszystkie święta? To, że na ten jeden dzień faktycznie łączy ludzi. Czy to rodziców z dzieciakami, czy młodocianych zakochanych, czy też całe rodziny. Jeszcze kilkanaście lat temu ten sam cel przyświecał listopadowemu świętu. Rodziny zbierały się na uroczystej kolacji, jedzono indyka ze słodkimi ziemniakami i żurawiną, śmiano się, rozmawiano, pito alkohol. Jednym słowem sielanka i spełnienie American Dream.

Współcześnie to święto to zaprzeczenie wszystkiego co ludzkie. Od rana niewolnicy w hipermarketach pośpiesznie pakują plastikową kukurydzę i indyki, a w ich miejscu pojawiają się tajemnicze kartony owinięte w szarą taśmę, ozdobione jedynie karteczką z napisem „towar dostępny od godziny 18”. Robiąc zakupy na ostatnią chwilę mijasz sępy, które wygłodniałym spojrzeniem patrzą w stronę przecenionych o 60% garnków Tefala jak na konającą antylopę. Przechodząc koło działu z elektroniką widzisz kątem oka śliniącego się ogra czyhającego na przecenione o 50$ „Plejstejszyn”. Dostrzegasz zgaszone spojrzenia pracowników, którym nie będzie dzisiaj dane zjeść tego nieszczęsnego indyka, gdyż za kilka godzin będą się użerać z niepohamowaną ciżbą.

Niestety z rodzinnej kolacji, jaką dawniej było Thanksgiving, został jedynie pośpiesznie jedzony lunch w atmosferze ciągłego zerkania na smartwatche i odliczania godzin do rozpoczęcia prawdziwego święta – godziny 18 w Wal-Marcie. I co z tego, że za taką samą cenę można te rzeczy zamówić w internecie.  Co z tego, że przez te godziny spędzone w kolejkach do sklepu, większość amerykanów mogłaby zarobić więcej niż zaoszczędzą na tym nędznym laptopie, który nie przypadkiem jest sprzedawany właśnie tego dnia, właśnie za taką cenę.

Tu nie chodzi o zdrowy rozsądek, tu nie chodzi o sens. Tu chodzi właśnie o możliwość chorej rywalizacji, możliwość wydarcia komuś czegoś z ręki. Ludzie mogą dać upust swojej naturze okładając się wzajemnie noworodkami w walce o nowy opiekacz do kanapek za 9,99. To właśnie ta walka, ten smak krwi stał się celem tego święta. O tempora, o mores!

 

  1. Wszystkim niezaznajomionym polecam przy tej okazji z zapoznaniem się z genialnymi trzema odcinkami siedemnastego sezonu South Parku będącymi jednocześnie pastiszem Gry o tron oraz satyrą na całą ideę Black Friday.